12.09.2017

Bike Challenge 2017

Witajcie,
W tym tygodniu też mała zmiana i dzisiaj zamiast odżywiania sport. Chociaż o odżywianiu też będzie, bo bez paliwa się w końcu nie da. W ostatnią niedzielę stanęłam przed kolejnym wyzwaniem, jakie postawiłam sobie w tym roku. Tym razem był to mój debiut na dystansie długim - 120 km w Bike Challege Skoda w Poznaniu. Mój trzeci udział w wyścigu, ale ówczesne razy były na dystansie 50 km. W momencie kiedy zgłaszałam swój udział w zawodach, myślałam, czas skończyć zabawę i rozpocząć przemierzać poważne dystanse, gdzie liczy się nie tylko siła i wytrzymałość, ale również psychika. Im bliżej dnia startowego, tym większe miałam obawy co do mojego udziału. W końcu ostatnie tygodnie skopałam totalnie, zaniedbując treningi i mój higieniczny tryb życia. Podjęcie decyzji kosztowało mnie wiele, ale udało się. Dzisiaj chcę się z Wami podzielić moim kolejnym sportowym sukcesikiem.


W moim planie treningowym jaki sobie ustaliłam, był chociaż jeden trening w tygodniu na dystansie liczącym 100 km. Niestety nie udało się ani razu w sezonie przejechać za jednym podejściem planowanego dystansu. Kręcenie bezsensownych kółek nad Maltą, aby na liczniku było 100 km, okazało się dla mnie mentalnie nie do przejścia. W trasę nie chciałam wyruszać solo, a z ludźmi czasami ciężko się zgrać. Wyznając zasadę - umiesz liczyć, licz zawsze na siebie, trzeba było robić wszystko, aby mimo wszystko podążać w kierunku 10.09.2017 - dystans 120 km. Taki postawiłam sobie w końcu cel na początku roku. Dobra, dosyć już tłumaczenia się ze związku przyczynowo- skutkowego. Czas przenieść się na miejsce startu.

Cukier.
W końcu od pomiaru zaczynam każdy dzień, bez względu czy startuję gdzieś, czy nie. W tych dniach jednak poziom cukru jest dla mnie szczególnie istotny. Tym razem było nieco poniżej 100 - super. Śniadanko zjedzone na dwie godziny przed planowanym czasem startu, w myśl zasady – zjedz je jak król, oczywiście mając na uwadze, że węgle są najważniejsze. Godzina przed startem około 250 mg, ale spokojnie i bezpiecznie. Podążam na miejsce startu, a tu okazuje się, że start jest opóźniony, nie wiadomo dokładnie o ile? Robi się nieciekawie, bo nie przewidziałam takich niespodzianek, a cukier jest bezwzględny. Od dwóch godzin baza obniżona już o 30%, na librze tendencja wzrostowa. Jakby tego było mało, bezpośrednio przed wyjazdem z domu wciągnęłam banana i pół batona energetycznego. Zaczynają się kombinacje alpejskie. Podać insulinę? jeśli tak to ile? Zdecydowałam się, aby przy cukrze 257 i spożytych dodatkowo węglowodanach, podać 2,5 jednostki. Przez cały czas do startu monitorowałam glukozę, cukier nie spadał poniżej 200, wiec dobrze, strzałka prosta, wiec jeszcze lepiej. Start z godziny 12-tej przesunął się na 13.30. Zdecydowałam się na spożycie dodatkowo jeszcze żelu i dobrze, bo na 40 km czułam, że odcina mi prąd właśnie z powodu niedocukrzenia. Przystanek na poboczu, szybki pomiar - 67 ze strzałką w dół, a wiec słabo bardzo. Podaję dwa żele i szybka decyzja odnośnie insuliny, w końcu czas płynie nieubłaganie. Zdecydowałam się, aby ustawić przepływ podstawowy tylko na 20% i jechać dalej.

Trasa i rozkład sił.
Nad Maltą znam każdą nierówność na pamięć, każda dziurę, tym razem jechałam nieznaną trasą. Oczywiście wpadałam w niejedną koleinę i myślałam o biednych oponach, ale cóż zrobić, coś za coś. Na szczęście za każdym razem panowałam nad kierownicą, aby uniknąć nieprzyjemnej sytuacji. Wymaga to trochę doświadczenia, aby panować, utrzymywać stałą kadencję oraz równocześnie panować nad tym co nieznane. Ale to jest adrenalina, której potrzebowałam od dawna, czegoś nowego, dziewiczego, czegoś co da mi takie emocje, które będą niczym ekstaza dla mojego umysłu. Do 70 km wszystko szło pięknie, jazda z wiatrem tylko pomagała, dopiero później zaczęło się pod górę. Szkoda, że nie odwrotnie, bo zdecydowanie lepiej byłoby wracać już z wiatrem, kiedy to już energia nie taka. Niestety trzeba było przyjąć zaistniały stan rzeczy i kręcić ile sił w nogach. Podjazdów było sporo, ale przynajmniej jazda nie była monotonna. Większość udawało mi się zaliczyć bez żadnych większych problemów, trzeba było po prostu mocno pracować. W końcówce na ul. Warszawskiej - jeśli ktoś zna Poznań to wie - oraz na około 1,5 km przed metą było ciężko. Okropne podjazdy, wiatr i naprawdę miałam ochotę zsiąść z roweru. Czułam nie tyle ogień w nogach, ale słabość i to sporą. Myśl o tym, że za chwilę meta stanie się faktem, że przejechałam cały dystans bez większych problemów, żadnej kolizji - a było ich trochę i nie wyglądały najciekawiej, czy awarii z rowerem, byłam wdzięczna losowi, że mimo wszystko miał mnie w swojej opiece i dał to szczęście.

Odżywianie.
Zawody mają swój plus dodatni i ujemny. Jeśli chodzi o kwestie odżywiania, trzeba do tematu podejść równie mądrze. Niestety mi brakuje nie tyle mądrości, co umiejętności radzenia sobie z kwestią odżywiania. Za każdym razem przeżywam gehennę i muszę stoczyć ciężką walkę ze sobą, aby przekonać swoją psychikę, że za chwilę dzień startu, wiec potrzebna będzie energia, która pochodzi z węgli. Węglowodany są tak naprawdę moją zakałą. Moje przygotowanie pod tym kątem nie jest idealne, choć bardzo się staram. Na dwa dni przed dniem startu wcinam tylko węglowodany. Makarony, kasze, ryż, czuję się z tym niezbyt dobrze, mimo, że trawią się szybko, ale... Na dzień przed startem na śniadanie omlet z płatków jaglanych, na obiad pasta, na kolację riso, przed snem małe piwo - elektrolity ważna sprawa. Dzień startu - śniadanie z rana to owsianka na wodzie oraz suszone owoce. Na trasie 120 km spożyłam 5 żeli energetycznych, co około 20 km, plus jeden w związku z niedocukrzeniem. Każdy z nich zawierał około 20 g węglowodanów (2 WW). Gdyby nie odcięcie prądu jakie poczułam przez chwilę, spowodowane hipoglikemią, to ani przez chwile nie poczułam braku sił. Mimo, że odżywianie nie jest moja najmocniejszą stroną, to cieszę się, że są sytuacje, które są celem nadrzędnym w tym wszystkim.

Dystans pokonałam w czasie 4:11:36 i jestem bardzo zadowolona z siebie. Potrzebowałam tego małego sukcesu, który pomoże odbudować mi moje poczucie własnej wartości na nowo. W porównaniu z ubiegłotygodniowym startem w Półmaratonie, czułam radość i chęci do walki. Pokonywałam kilometry będąc świadomą pojawiającego się zmęczenia, trudności, barier i problemów jakie musiałam pokonać , aby wystartować. Zwłaszcza, że w ostatnich tygodniach życie mi ich nie oszczędza. Nawet w niedzielę w dniu startu okazało się, że nie chce być łatwo, start się przesuwa, z cukrem robi się zamieszanie i jeszcze z nieba leci deszcz. Byłam bliska rezygnacji. Wiedziałam jednak, że jak odpuszczę, nie wybaczę sobie kolejnej porażki. Porażki zwanej zwykłym tchórzostwem tak naprawdę. Wiedziałam, że na trasie będzie walka, że będzie ciężko. W końcu moja forma, zarówno psychiczna jak i fizyczna jest nienajlepsza, ale... Wiedziałam, że po przekroczeniu mety będzie najwspanialsza nagroda, zwana własną satysfakcją, coś czego potrzebowałam, poczuć na nowo, że mogę, że jestem w stanie zrobić coś, co na tu i teraz wymaga trudu i ciężkiej roboty. Zmierzyć się z bólem fizycznym i psychicznym, aby zrobić sobie dobrze. Był to doskonały trening na sprawdzenie siebie, własnych umiejętności związanych z cukrzycą. Trening również myślenia. Kolarstwo szosowe jest sportem dosyć niebezpiecznym. Na szosie musisz tak naprawdę być w 100% skoncentrowany na jeździe oraz myśleć za siebie i innych oraz przewidywać. Udało się. Dla mnie wyzwaniem był nie tylko sam dystans, chociaż nie powiem, że się nie bałam. Największym wyzwaniem było zmierzenie się ze samą sobą i swoimi słabościami.

Pozdrawiam, Ania :)



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz